nie byłem miłośnikiem historii


Jak sięgam pamięcią przez okres pierwszych czterdziestu lat nie byłem miłośnikiem historii, praktycznie w żadnym wydaniu. No może w okresie początkowym tego zastrzeżonego czasu, pewnie jak większość zafascynowany byłem bajkami, legendami, opowieściami z dawnych lat. Ale żeby tak przedmiotowo interesować się historią, to zdecydowanie NIE. W szkole nie byłem jednak tak zwaną: "ostatnią nogą" z przedmiotu.


HUMOR 3 2jpg


Jednak wkuwanie na pamięć dat, nazw, pojęć, zapamiętywanie obrazów - to nie były terminy z mojej bajki. W chwilach życia, kiedy coś co zachwyciło, zainteresowało i często wymagało poznania tła, pochodzenia, sytuacji w jakiej do czegoś doszło, poznania historii - wtedy absolutnie ta część wiedzy wciągała, pomagała w zrozumieniu - w takiej formie historia owszem i tak. Jednak podręcznikowa nauka, tego co znać uczeń powinien, co wypada, ciurkiem czas mierząc datami od zwyczajnej do nakazanej dla zapamiętania - tego NIE .

 Po drodze zapakowana z wagonem towarowym pełnym imion, nazwisk, zasiadających w następujących po sobie przedziałach - też niekoniecznie. Dodając do tego obrazu nauczania pedagoga z tamtych lat, który prowadzenie lekcji zamieniał w głośne czytanie stron podręcznika. Monotonny głos co jakiś czas przerywany uwagą, żebym się nie wiercił w ławce, nie rozmawiał z kolegą. Klimat szkoły zaczynającej się podstawówką w roku 1964 nie sprzyjał porywom dla poznawania naszej przeszłości. Era nauczycieli - odtwarzaczy ( klepaczy podręcznikowych tekstów), ni jak nie potrafiła wielce zainteresować przedmiotem.

 Klatka pamięci : (Podstawówka) "Pan Nadolny, ( Jego wysokość ponad normalna ) - pod tym względem najwyższego wzrostu, pośród ciała pedagogicznego, nauczał historii w klasach 5 do osiem. Niezwykle nudny i monotonny człowiek. Podczas zajęć, spacerował po klasie, często z przymkniętymi oczami i do znudzenia "recytował treści na blachę wyuczone ze stron podręcznika. Podczas tego lunatycznego pochodu, przy wypowiadanych słowach rozpryskiwał drobinki śliny. Pluł się niepotrzebnie i bez skutku. Sylwetka wyprostowana, powieki opadłe jak we śnie, monotonny głos... Właśnie podchodzi do mojej ławki. Dyktuje kolejną "ważną" datę, a z jego ust urywa się fafoł śliny. Parabolą opada na mój zeszyt, lekko rozmywa skreślone atramentem notatki. W drugim końcu sali ktoś zaryczał śmiechem. To był odruch - Pan Tadeusz ( tak mu było na imię) podjął z katedry pęk kluczy i rzucił z rozmachem w kierunku z którego dobiegał hałas. Na szczęście niecelnie. To są historie, które zapamiętałem z lekcji historii, na których można było łatwo zasnąć, ale nigdy wyspać się. Taki "grajdołek" w poznawaniu przedmiotu, skutecznie wyhamowywał wszelkie zapędy , aktywność,  nawet chęć szczerą. Unikałem książek historycznych, filmów kostiumowych. Ojciec w mundurze wojskowym, siostra z tytułem doktora nauk" Metodologia nauczania historii". Przyjaciele zaczytani w powieściach historycznych, znajomi na każdym seansie kostiumowego filmu... A ja? - Odmieniec istny i nic z tych rzeczy.                                                                                         Program edukacji, gilgający wiedzą moje pokolenie, dla mnie - okazał się być nie wpływowym. Dopiero w dobrze dorosłym życiu nastąpiła nieoczekiwana przemiana. To właśnie temat starych fotografii ślubnych. Koło zainteresowań o wielkim zamachu. "Obraz jest wart tysiąca słów." - z przyjemnością doświadczyłem tego przekazu.